Coś jak by się we mnie zaczęło buntować. Ostatnio miałem trochę dziwny sen. Jednak był on inny, gdyż nie uczestniczyłem w nim bezpośrednio, tylko jak bym oglądał wszystko z boku. Gdzieś zawieszony w przestrzeni widziałem siebie, stałem w jakimś dziwnym pomieszczeniu. Przypominało to jakiś wielki hol. Na suficie wisiały wielkie lampy, jednak zamiast dawać dużo światła tylko delikatnie się żarzyły. Podłoga była z desek gdzie nie gdzie wybrzuszonych. Sam nie wiem co się działo, ale widziałem siebie a dookoła mnie krążyła jakaś postać. Nie potrafię określić kim była gdyż wydawała się być strasznie rozmyta. Stałem na środku tego holu, a dokładniej klęczałem na kolanach i trzymałem się za głowę. Z tego miejsca gdzie znajdowała się moja jaźń widziałem swój wyraz twarzy. Zdawało się, że coś mi sprawia nie wyobrażalny bul. Widziałem jak moje wargi się poruszały, jednak nic nie słyszałem. Sam nie wiem czy dźwięk z moich ust się nie wydobywał, czy tylko po prostu byłem zbyt daleko aby cokolwiek usłyszeć. To wszystko wyglądało tak dziwnie, nie wiedziałem co się dzieje. Nagle w pewnym momencie, zobaczyłem mnóstwo rzeczy które mi się przytrafiły w przeszłości, przeplatały się one z sytuacjami których kompletnie nie pamiętałem. To wszystko działo się tak szybko. W pewnym momencie wszystko znikło i się zatrzymało. Ponowienie spojrzałem na siebie. Widziałem jak puszczam głowę i wstaje. Wyraz twarzy jaki miałem zmienił się teraz sam nie wiem jak to opisać. Była w nim taka pewność jak by delikatny uśmieszek. Rozmyta postać nagle zatrzymała się. Widziałem jak stoimy na przeciwko siebie. Odnosiłem wrażenie, że ta postać była stworzona przeze mię aby urzeczywistnić jakoś śmierć. Wyglądałem jak bym się z niej śmiał. Wtedy usłyszałem słowa jakie wypowiedziałem. Nie pamiętam ich dokładnie, ale wiem że ich głównym znaczeniem było, że sam jestem słaby, jednak teraz mam kogoś kto daje mi siłę. Po tych słowach postać jeszcze chwile patrzyła na mnie, a potem znikła.
Mam teraz moje słoneczko. Wiem, że z nią pokonam wszystkie przeszkody. Pragnę być przy niej, sprawiać, że na jej twarzy pojawia się uśmiech. Nawet śmierć jest z byt słaba, w porównaniu z tym co czuje.
Ostatnio jestem jak wiatr, ciągle w biegu. Pędzie za miłością i nie staram się odpocząć. Gdzie nie spojrzę wszystko porusza się tak szybko. Nic nie chce się zatrzymać. Chciałbym jak najwięcej czasu spędzać z moim słoneczkiem. Moje myśli ciągle się skupiają na tym co by tu wykombinować abyśmy mogli się spotkać. Chce być niczym delikatny wiaterek, który swym podmuchem podsyca ogień w naszych sercach.
Życie przynosi tyle niespodzianek, których wcale się nie spodziewamy. Nie chce myśleć o tym co będzie jutro, za tydzień czy też miesiąc. Chce się cieszyć tym co jest teraz. Moje serce na nowo ożyło, bije tak mocno i rytmicznie. Ciesze się z każdej chwili spędzonej z moim słoneczkiem. Wszystko wydaje się takie dziwne, dookoła tyle się dzieje, a ja żyje własnym życiem. Nie chce nad niczym rozpaczać, pragnę się uśmiechać. Szukam szczęścia we wszystkim. Czasem tak sobie usiądę i zaczynam się zastanawiać nad wieloma rzeczami. Tylko coś takiego nie ma sensu, po co się nad czym zastanawiać co może być. Nie wiem chce skakać radować się, chce żyć tym co jest a nie co może być. Choć tak biegnę nie potrafię się zatrzymać, to mam nadzieje że ta energia, która zemnie emanuje udzieli się też innym. Wiecie co tak naprawdę powoduje, że nie potrafię się zatrzymać? To jest miłość. To jest to uczcie które przepełnia moje serce. Które się pojawiło nie wiadomo kiedy i nie wiadomo skąd. To właśnie ono powoduje moje szaleństwo, moją pogoń. To wszystko jest takie wspaniałe, kolorowe i radosne. Uwolniłem się z niewoli smutku, który jakiś czas starał się mnie zamknąć w jakiejś klatce. Nic mnie nie powstrzyma. Żadna choroba nie powali mnie na dobre, ja walczę ze wszystkim i nie poddam się tak łatwo. Gdzieś tam jest to szczęście to światło i radości. Ja zaprowadzę w to miejsce moją ukochaną. Bo chce się z nią dzielić wszystkim co dobre.
Zamykam oczy i słyszę dziwną muzykę, jakiś śpiew. On wydobywa się z mojego serca. To ono gra dla Ciebie słonko. Chce z tobą tańczyć. Przytulić Cię mocno i w raz z muzyka, unieść się nad tym wszystkim. Razem staniemy się niesamowitym zjawiskiem, z którego emanuje to uczucie miłości i niczym promienie słońca ogrzewa ono ten świat. Ta lekkość ogarnie nasze ciała, ta błogość ogarnie nasze dusze. Tak właśnie się czuje gdy jestem przy tobie. Nie potrafię tego opisać, towarzyszy mi tyle uczuć. Często są one swoimi przeciwieństwami. Gdy jestem przy tobie czuje się spokojny ale jednocześnie zdenerwowany. Gdy o czymś rozmawiamy, moje słowa są jak by przemyślane ale często pełne szaleństwa. Bo ty jesteś tym czego chce, jesteś alfą i omegą, jesteś moją nocą i dniem. To ty jesteś ziemią a jednocześnie całym kosmosem. Jesteś mym światłem. W nocy jesteś blaskiem księżyca czy też gwiazd, zaś w dzień jesteś promieniami słońca tak gorącego i pięknego. To wszystko to wyznanie miłości jaka płynie z mojego serce. Gdy wszystko to pisze nie myślę, nie zastanawiam się nad tym. Wszystkie te słowa są tak prawdziwe, tak realne. To płynie nie z mojego umysłu, lecz ze znaczenie głębszych zakamarków mnie samego. To jest wyznanie mego serca i mojej duszy.
Tyle napisałem, ale to jest jedynie kropla w oceanie tego co bym chciał powiedzieć. Rodzi się we mnie tysiące słów na minutę, które układają się w zdania. Nawet jeśli codziennie, bym mówił czy też pisał coś nowego, ciągle bym miał wrażenie, że potrafię powiedzieć o wiele więcej. Wiem, że czasem słowa są zbędne, wystarczy spojrzenie, czy też gest, wtedy wszystko staje się jasne.
Proszę Cie powiedz, tak długo czekałem.
Gdy wszystko znikło, ja pozostałem.
Czekałem na księżyc, co blaskiem swym płonie.
Czekałem na słońce, co wschodzi spokojnie.
Proszę Cie powiedz, tak długo milczałem.
Gdy wszyscy krzyczeli, ja ciągle płakałem.
Czekałem na słowa, tak piękne i wzniosłe.
Czekałem na pieśni, tak słodkie i radosne.
Proszę Cie powiedz, tak długo myślałem.
Gdy wszyscy wiedzieli, ja wciąż ukrywałem.
Czekałem na myśli, które wyjaśnią.
Czekałem na chwile, tę jedną już jasną.
Teraz tak siedzę, czasem wspominam.
Lecz wiem, że znów jest ta piękna dziewczyna.
Wtem serce me skacze, krzyczy radośnie.
W końcu podążam, już więcej nie spocznie.
Dzisiaj stało się coś dziwnego. Siedzę sobie w pracy, jak zwykle ostro zapracowany. Drzwi na korytarz były otwarte. Nagle coś usłyszałem, jak ktoś idzie, zawsze odruchowo patrzę sobie, kto to. Dzisiaj byłem zaskoczony, gdyż zobaczyłem znajomą mi osobę. Powiedziałem szefowi, że za chwile przyjdę i poszedłem za nią. Gdy do niej podszedłem i złapałem za ramię, rozpłynęła się jak mgła. Strasznie się zdziwiłem. Postanowiłem wrócić do pracy, gdy się odwróciłem znowu ją ujrzałem. Nie zastanawiałem się długo i odruchowo znowu do niej podszedłem. Tym razem, gdy ją złapałem za ramie odwróciła się spojrzała na mnie i znowu znikła. Stałem tak na korytarzu i się rozglądałem, po pewnym czasie znowu ją zobaczyłem, jednak tym razem już nic nie zrobiłem, bo bałem się, że ludzie zaczną na mnie dziwnie patrzyć. Stałem tak w miejscu i wpatrywałem się w nią, jednak nie trwało to długo gdyż po chwili znowu znikła. Na koniec dnia wracając do domu znowu zobaczyłem ją na chodniku, byłem blisko, jednak jej nie dogoniłem gdyż znikła za rogiem. Takie to dziwne jak by się rozpuściła.
skomentuj (4)Jestem w jakimś dziwnym miejscu. Mam wrażenie, że już tu byłem. Stoję na jakimś starym chodniku, z nierówno położonymi kamiennymi płytami. Na środku jest jakby plac, a dookoła stoi dużo starych budynków coś w rodzaju kamienic. Powoli podchodzę do okna, które znajduje się zaraz za moimi plecami. Chciałem zajrzeć do środka, lecz nie potrafiłem niczego dostrzec, gdyż wszystko jest jakby zamazane. Gdy się odwróciłem w kierunku placu, na chodniku znajdującym się po drugiej stronie, dostrzegłem dziecko. Ono tylko stało i patrzyło się na mnie. Niepewnie zacząłem podążać w kierunku tego dziecka. Był to chłopiec, miał jakieś 7 no może 9 lat. Był dosyć chudy. Miał czarne krótko ostrzyżone włosy. Im znajdowałem się bliżej, tym więcej szczegółów mogłem dostrzec w tej postaci. Jego wyraz twarzy zdradzał, że dziecko czegoś się przestraszyło. W jego oczach były łzy, które pochłaniały promienie słońca. Miał strasznie niechlujne ubranie. Spodnie jeansowe, które wyglądały jak po starszym bracie, zwykłą szarą koszulkę, z dziurą na prawym boku i kilkoma plamami, ciemne buty z rozwiązanymi sznurowadłami. Coś dziwnego było w tym dziecku, coś znajomego, lecz nie wiem, co. Przeszedłem cały plac, aż w końcu zatrzymałem się przed tym dzieckiem. On chwycił moją dłoń i szarpał mnie, widocznie chciał abym z nim poszedł. Sam nie wiem, dlaczego ale ruszyłem z nim nie wiedząc, dokąd mnie prowadzi. Przeszliśmy kawałek. Gdy doszliśmy do budynku znajdującego się na rogu, dziecko zatrzymało mnie. On spojrzał na moją dłoń, oglądając ją jakby ja badał. Nagle mnie puścił spojrzał mi w oczy i zniknął za rogiem kamienicy, przy której staliśmy. Ciągle byłem bardzo zdezorientowany, ale postanowiłem iść za nim. Gdy wszedłem za róg zobaczyłem jak ten sam chłopiec przy czymś, a dokładniej to przy kimś klęczy. Poczułem jakiś strach, zatrzymałem się i z pewnej odległości starałem się wypatrzyć, kto tam jest. Wytężałem wzrok, lecz nie, potrafiłem dostrzec twarzy tej osoby, gdyż zasłaniał mi ją ten chłopiec. Czułem jakiś dziwny strach, a jednocześnie niesamowitą ciekawość. Z dziwnym drżeniem rąk, drobnymi kroczkami szedłem w ich kierunku. Przykucnąłem obok chłopca, nagle on się odwrócił i odepchnął mnie. W tym momencie straciłem równowagę i upadłem na ziemię. Zdziwiłem się, dlaczego on to zrobił. Gdy tak na niego patrzyłem ciągle miałem dziwne wrażenie, że skądś go znam. On nachylił się i dłońmi zamknął moje powieki. Gdy ponownie otworzyłem oczy ujrzałem twarz tego leżącego człowieka. Byłem w szoku, gdyż tą osobą, przy której klęczał ten mały chłopiec byłem ja. To ja tam leżałem. Tak się dziwnie czułem widząc samego siebie. Nie było to jakieś lustrzane odbicie, lecz żywa osoba. Ja, a raczej on wpatrywał się na tego chłopca. Grymas na jego twarzy świadczył, że coś go straszliwie boli. Gdy tak na siebie patrzyłem poczułem dziwny ból przechodzący przez moje serce. Nie wiedziałem gdzie jest chłopiec, powoli odwróciłem się za siebie, on tam był. Tym razem widziałem tylko jego zarys, gdyż za nim znajdowało się słońce. Moje oczy zapełniły się łzami. Te łzy powoli spływały po moich policzkach, a obraz który widziałem stawał się coraz bardziej rozmyty. W momencie, gdy przetarłem oczy wszystko znikło, całe to miasto, ten chłopiec, ja leżący na ziemi, wszystko się rozpłynęło. Po jakimś czasie zorientowałem się, że stoję w łazience w mojej pracy. Stałem tak nad zlewem, a z kranu płyną strumień wody. Otarłem łzy, które miałem w oczach i po jakimś czasie, gdy się otrząsnąłem z tego, wróciłem do pracy. Ciągle zastanawiałem się nad tym co widziałem.
skomentuj (0)Czas tak nieubłagalnie ucieka. Stoję na środku ulicy i widze jak moje otoczenie ciągle się zmienia. Wszyscy biegną nie wiadomo dokąd. Czasem ktoś się zatrzyma spojrzy na mnie, lecz za chwile znowu zostaje pochłonięty przez ten chaos, znika w tłumie nie znanych mi ludzi. Nie wiem czasem co się dzieje, to wszystko biegnie tak szybko. Moje ruchy wydają się bardzo powolne, nie nadążam za tym wszystkim. Wzrok mnie zawodzi, patrze na twarze tych wszystkich ludzi, lecz nie potrafię nikogo rozpoznać, są jak by bez osobowi. Ich szybkie ruchy sprawiają, że są jak duchy, rozmyte postacie pojawiające się nie wiadomo skąd. Czuje się jak bym był na uboczu i nie potrafił się wciągnąć w to co się dzieje. Samotnie przemierzam tą ulic, idąc przed siebie w nieznanym mi kierunku. Czuje sie taki otumaniony, mój wzrok, mój słuch zawodzą mnie. Mnóstwo dźwięków zlewa się, tworząc okropny pisk. Jestem jakby w innym świecie, w innym czasie, nie pasuje do tego wszystkiego. Przeniosłem się do miejsca gdzie nic nie jest dla mnie zrozumiałe. Ciągle mam nadzieje, że spotkam kogoś kto będzie potrafił przebić się przez to wszystko i zostać ze mną. Od czasu do czasu uda mi się chwycić za rękę pewną osobę, wtedy ona jakby się budzi, patrzy na mnie. Lecz nie potrafię, utrzymać tej osoby, czuje jak jej dłoń puszcza moją i powoli znowu zatraca się w bezkresnym świecie pełnym iluzji. Zatrzymując się na chwile, czuje w koniuszkach palców jakieś dziwne ciepło. Gdy patrze na nie w jednym momencie moje dłonie ogarnia żywy ogień. Wtedy staje się to takie dziwne, gdyż nie czuje bólu. Płomienie powoli znikają jakby wnikały w moje ciało, czuje je w środku i nagle to uczucie znika. Po jakimś czasie na mojej drodze staje jakaś osoba, jakaś kobieta. Widze w jej oczach smutek, nie jest podobna do tych innych zjaw jest taka prawdziwa. Chcąc się dowiedzieć co jej jest, podchodzę do niej. Na jej twarzy powoli pojawia się delikatny uśmiech. Łapie ją za dłonie i nagle staje się coś strasznego. Ogień który zniknął w moim ciele, znowu pojawił się na moich dłoniach, pochłaniając tą kobietę. Przerażony nie wiem co mam czynić, odskakuje. Nie potrafię nic zrobić, jedynie widzę jak ogień ogarnia jej całe ciało. Choć chce coś zrobić nie potrafię się ruszyć, coś nie pozwala mi zamknąć oczu. Musze patrzeć jak z mojej winy ktoś ginie. Czuje niesamowity strach, serce mało mi z piersi nie wyskoczy. Nie wiem co się dzieje ona umiera lecz na jej twarzy ciągle widnieje ten uśmiech, który pojawił się gdy do niej podszedłem. Już jej nie ma. Zrozpaczony padam na kolana i patrze na moje przeklęte dłonie. Wszyscy się zatrzymują, czuje ich spojrzenia na moim ciele, słyszę głuche szepty i znowu wszyscy się rozmywają uciekając w swój świat.
skomentuj (1)
Wszystko stało się teraz takie naprawdę dziwne, nie wiadomo dokąd idę i kiedy to wszystko się zatrzyma. Patrzę na szczęśliwe twarze ludzi, uśmiecham się do nich, ale w środku czuje niewyobrażalny ból. Samotność ściska mnie za gardło i nie chce puścić, aż brakuje mi już tchu. Na co dzień pogodna twarz, pełna uśmiechu i radości, lecz to chyba jest tylko jakaś maska, ubrana aby inni nie widzieli co się ze mną dzieje. Nie przespane noce pełne łez już tak mnie męczą, nie mam już sił. Nie potrafię powstrzymać tych łez, czasem już nawet nie mam czym płakać i pojawia się wtedy tylko śmiech żalu. Choć pragnę miłości to jednak nie mogę jej dostać w pełni. Słucham mojego serca ono tak nieustannie bije. Wszystko mnie boli, boli mnie dusza. Staje się coraz to bardziej nieznośny. Dlaczego teraz choć nie chce tego, przy rozmowach z bliskimi mi osobami staje się no co tu dużo mówić nie miły. W pewnym momencie coś we mnie pękło, może dlatego teraz często wspominam o jakiś nie miłych rzeczach, ciągle komuś coś wytykam, jest mi z tym źle, że się tak zachowuje, ale staram się to wszystko z siebie wyrzucić bo inaczej pogrążę się w swoim żalu.
Teraz byłem w piątek w Bydgoszczy, nic mi się nie chciało cały dzień chodziłem sobie po mieście, byłem taki zamyślony. Chciałem odpocząć od tego, usiadłem sobie w parku koło fontanny. Tak siedząc w pewnym momencie podeszła do mnie nie znana mi dziewczyna i zapytała się co się stało. Tak mnie zatkało nie wiedziałem co mam powiedzieć. Przez moją głowę przewijało się tyle myśli. Powiedziałem aby usiadła, zaczęliśmy ze sobą rozmawiać. Okazało się, że ma problem z chłopakiem, nie wiem czemu ale miałem gdzieś co się ze mną dzieje i starałem się ja jakoś pocieszyć, pomóc jej. To co jest we mnie zawsze spychałem na drugi plan, zawsze starałem się pierw innym pomóc. Gdy z nią tak rozmawiałem czułem w sobie ten ból, ale ignorowałem go nie mówiłem o nim. Choć wcale nie znałem tej dziewczyny to robiłem wszystko aby na jej twarzy pojawił się uśmiech i aby nie myślała tyle o tym co jest złe. Udało mi się widziałem jak dzięki mnie się uśmiecha, widziałem że jej pomogłem. Po pewnym czasie zadzwonił jej chłopak i ona musiała iść. Podziękowała mi i odeszła. Uśmiech który w czasie tej rozmowy pojawił się na mojej twarzy, momentalnie znikł i znowu pozostałem sam ze swoimi myślami.
Moim problemem jest to, że nie mam u kogo szukać pomocy, a sam staram się wszystkim dookoła pomagać. Za dużo razy się zraziłem, teraz zaufanie nie chce tak łatwo się u mnie pojawić. Choć mam własne problemy, dokładam jeszcze problemy innych. Może moja dusza coś złego uczyniła dawno temu i teraz musi to wszystko odpokutować. Nieustannie czekam, na jeden dzień. Gdy stanę przed osobą, tak piękną i cudowną, gdy zobaczę w jej oczach to coś, i usłyszę z jej ust “Kocham Cie, chce abyś zawsze przy mnie był”. Czekam na tą prawdziwą i jedyną miłość. Czy uda mi się przetrwać do tej chwili, kiedy ona nastąpi ?? Teraz we mnie są tylko nie wytłumaczalne myśli.
Wspomnienia kłębiące się w głowie, ciągle tworzą pewną barierę, którą wcale nie jest tak prosto przebić. Choć wiem że czas ucieka, że to już minęło, to jednak coś w duszy pozostało, coś co nie pozwala tak naprawdę już teraz normalnie żyć. Wiem, że nie powinno się patrzyć w przeszłość, jednak to jest silniejsze odemnie. To co się wydarzyło, zostawiło we mnie pewne blizny. Nie raz jeszcze w tej chwili, gdy tylko zamknę oczy, widzę straszliwą prawde przeszłości, czasem jest ciężko to znieść. Nie powinienem o tym myśleć, jednak teraz moje życie jakoś zatrzymało się w miejscu, wcale nie poruszam się do przodu. To co miałem straciłem i teraz nie potrafię tego odzyskać, potrzebował bym pomocy, aby ktoś mnie sam pchnął, gdyż ja się boje i nie wiem czy kiedy kolwiek, odwarze się coś zrobić, sam bez niczyjej ingerencji. Tak naprawdę, niczego nie jestem pewny, zawsze mam jakieś wątpliwości, boje się chyba dosłownie wszystkiego, boję się co kolwiek robić, aby potem ciągle nie cierpieć. Wiem, że mogę żałować swojego postępowania, jednak ta bariera jest teraz z byt silna. Nie chciałbym się przed wszystkim bronić, a zwłaszcza przed miłością, jednak tu pojawia się to pytanie, czy ja zdołam sam bez niczyjej pomocy zrobić jakiś krok hmmm. To co się dzieje w naszym życiu, kształtuje nas, to dzięki temu jesteśmy tacy, a nie inni. Jesteśmy ciągle jakby poddawani jakimś próbom, który czasem nie przechodzimy. W jaki sposób, stać się odpornym na niepowodzenia? Ile tak naprawdę potrafi znieść ludzkie serce, moje serce? Ciągle tylko się zastanawiam, przelewam tysiące myśli. Ciągle nie potrafię odnaleźć odpowiedzi na tak wiele pytań. Ciągłe zagadki, których nie jestem w stanie rozwiązać, a mimo to z dnia nadzień pojawia się ich coraz to więcej, to wszystko wykańcza. Wcale nie jest tak łatwo utrzymać się w jako takim stanie. Czasem mi brakuje pewnych słów, pewnych uczuć, które naprawdę mogły by mi pomóc przejść przez to wszystko. Wiem tyle, że ja nie mogę od nikogo tego wymuszać, nie mogę mówić czego oczekuje, bo sam nawet czasami tego nie wiem, po prostu czasami mi brak tego ciepła. Gdy czasem mi coś nie wyjdzie, gdy mam ciuszki dzień, wiem, że w tym momencie wracam do domu jak zwykle sam, gdzie nikt na mnie nie czeka. Wiem, że nie będzie w tedy przy mnie nikogo, kto by mógł mnie przytulić nikogo, kto by mi pomógł zapomnieć o tym co się stało, co było. Jak zwykle wtedy jestem sam, nie czuje przy sobie wtedy tego ciepła drugiej osoby. Chyba tylko musze czekać, aż to zimno zarazi całe moje ciało. Tęsknie za taką osobą, tęsknie za takim uczuciem, po prostu chyba tęsknie za tą prawdziwą miłością, tą która zawsze by była przy mnie. Już dosyć długo jestem w takim stanie boje się, że w końcu tęsknota mnie pochłonie, stanę się jak ten kwiat, który kiedyś wszyscy podziwiali, jednak wreszcie go opuścili, przestali go pielęgnować, dbać o niego, dawać mu ciepła, i uczucia, aż on w końcu uschnął, gdzieś znikł.
skomentuj (3)Gdzieś tam stoi drzewo, takie smutne i zniszczone. Dookoła niego nie ma żadnej innej rośliny jest tylko ono. Czas, wiatr, i wiele innych rzeczy sprawiło, że mimo swej młodości wygląda już dosyć staro. Jego poniszczone gałęzie wiją się jak jakieś węże, na końcach delikatnie opadając w dół. Gdy tak się na nie patrzy, gdzieniegdzie widać jakieś pojedyncze listki, jednak takie bez życia. Jego korzenie powodują, że musi stać w jednym miejscy, nie pozwalają na to, aby gdzieś się ruszyć. Gdzie nie spojrzy, wszystko znajduje się tak daleko. Co jakiś czas, przejdzie obok niego, jakiś człowiek, czy też zwierze, czasem nawet się zatrzyma na chwilę aby odpocząć, w jego cieniu. Te drzewo jednak, nie zazna szczęścia, bo wszyscy, gdy już wykorzystają jego dobroć odejdą i znikną jak mgła. Gdy zaczyna padać deszcz, malutkie kropelki wody, powoli spływają po jego gałęziach. Patrząc na nie zdaje nam się, że ono płacze, płacze z samotności, tęsknoty, braku prawdziwej miłości, drugiej osoby. Czy w końcu ktoś się zatrzyma i zostanie z nim, nie będzie krzyczał z oddali, tylko po prostu zawsze będzie przy nim dając mu prawdziwe ukojenie.
skomentuj (10)Gdzieś w oddali widać jakąś osobę. Patrzącą na prost nie słyszącą niczego, nie zwracającą na nic uwagi. Ta osoba stoi i patrzy. Jej otępiały wzrok, wydaje się być szalony. Jego umysł przepełniony jest potwornymi myślami, strachem kumulującym szaleństwo nie do opanowania. Po jego twarzy spływają krople deszczu. Dookoła szaleje burza, która piorunami rozświetla okolice. Nie widać nigdzie nadziei, jest tylko koniec. Wyraz twarzy tej osoby, jest taki przepełniony niewiedzą. Widać w nim smutek, widać jak walczy z tym co się w nim rodzi. Coś go zniszczyło, zmiażdżyło to w co tak bardzo wierzył, to czego tak pragnął. Teraz wszędzie widzi tylko zło, zdradę, kłamstwa, oszustwa, ból. Jego ręce bezwładnie opuszczone są wzdłuż ciała. Widać jak drżą, z przerażenia co się w nim dzieje. Z minuty na minutę, narasta w nim zobojętnienie na wszystko. Już nie przejmuje się niczym. Nie rusza go płacz małego dziecka, nie robi na nim wrażenia całe zło tego świata. Stał się dzieckiem mroku, potworem ukształtowanym przez to wszystko co działo się w jego życiu. Jego postać napawa, strachem, żalem, współczuciem co się z nim stało. On już nie jest sobą, nie jest tą osobą co kiedyś, jest jedynie bestią, rozkoszującą się cierpieniem innych. Toczy się w nim bitwa, bitwa o jego dusze, którą przegrywa. Nastrój błyskawic potęguje te wszystkie wrażenia. Mimo tego wszystkiego widać w niej jak cierpi, jak krwawią jego rany zadane tępym narzędziem. Na jego twarzy nie widnieje uśmiech, lecz gniew na wszystko co istnieje. Stał się bez imienny, bez jakiej kolwiek tożsamości, istota stworzona ze zła, z cierpienia i bólu. Szaleniec, który zgubił drogę, dla którego zgasło światło. Żywi się tym wszystkim czego nieustannie doznawał. Pragnie patrzyć, jak inni nawzajem zadają sobie ból. Jak jedna osoba zdradza drugą. Jak miłość jest miażdżona. Jak kłamstwo wżera się w ludzi. On stał się uosobieniem teko wszystkiego co najgorsze. Jest skazany na to, aby w swoim cierpieniu być sam. Gdzie dzieje się jakaś tragedia, gdzie dociera śmierć, gdzie jest samotność, gdzie jest bezsensowny gniew, on zawsze tam jest. Ciągle stoi bez ruchu, powoli znikając w ciemnościach. Opuszcza twarz, jest bezradny. Nie może nic już zrobić, nie pozwali nikomu dotrzeć do niego. Jest już tylko nędzną miazgą, zarazą tego świata. Jest nikim a jednocześnie wszystkim. Postać się cofa, znika, powoli, coraz miej jest widoczna, aż w końcu nie ma jej. Pozostaje tylko burza, deszcz i ciemność.
skomentuj (10)